czwartek, 8 lutego 2018

Narzędzia nie-hafciarskie

Przepis na haft:
tkanina (aida, len, płótno - wedle uznania)
 1 tamborek
1 igła
mulina - w zależności od wzoru
1 nożyczki lub przecinak

Może tak było dawno, dawno temu, ale ta bajka to już legenda.
Każdy rękodzielnik ma teraz swój warsztat, czasem to tylko wygodny fotel przy stoliczku, czasem w pełni zaaranżowana przestrzeń. Nie wystarcza już jedna igła i jeden tamborek. 
Sprzętów i rzeczy, które ułatwiają pracę jest obecnie mnóstwo. Ich ilość zależy od zasobności portfela i upodobania hafciarek, a te są tak różne jak charaktery.
Pomijam już fakt, że niekiedy wymaga to zakupu odpowiednich mebli, gdzie jak chomiki, my hafciarki, upychamy rzeczy przydatne, bo szkoda wyrzucić.

zdj. pixabay.com

Mój kącik jest mobilny, ale najczęściej haftuję przy stole, na którym rozkładam swoje narzędzia. Nie będę rozpisywać się w temacie najlepszych igieł, materiałów czy nożyczek - każdy metodą prób i błędów znajduje akcesoria najbardziej mu odpowiadające. Mogę tylko rzucić światło na własne upodobania i przyrządy - czasem nieoczywiste - ułatwiające mi hobby.

Uwielbiam igły i nici DMC - nie mam problemu przed opróżnianiem portfela, wiedząc, że płacę za jakość. Najbardziej lubię pracować najcieńszymi czyli 28. Posiadam je w duuużych ilościach, po pierwsze dlatego, że giną mi w tajemniczych okolicznościach, po drugie przy większych projektach i parkowaniu, każda nić ma własną igłę.

W szufladach leży kilkanaście tamborków: kilka drewnianych, trochę ramko-tamborków o różnych rozmiarach i kwadratowy na klipsy.
Największy sentyment mam do drewnianych jako pierwszych, na których zaczynałam hobby, aczkolwiek coraz więcej pracuję na plastyczniejszych ramko-tamborkach
Tego ostatniego plastikowego kwadratu używam tylko przy robieniu siatki nylonową nicią - rozczarował mnie, ponieważ materiał na nim nie jest dość napięty i szybko się luzuje.


Mam też nieoczywiste narzędzia, niekoniecznie hafciarskie, które bardzo mi się przydają.

Niezastąpiony organizer nici 
Szukając odpowiedniego pudełeczka do nici, którymi na bieżąco haftuję, nadwoiłam się, natroiłam i niczego nie znalazłam. Dlatego skroiłam sobie pod wymiar organizer na podręczne drobiazgi. Pisałam już o nim tutaj. Po prawie dwóch latach użytkowania nadal świetnie mi się sprawuje, nawet przy częstym zabieraniu go w podróże.


Stojak na książkę kucharską
Często do haftu potrzebny jest wzór, który przenoszę na tkaninę. Może nie jestem jeszcze starszym pokoleniem, ale nie lubię posiłkować się czytnikami, laptopami czy tabletami. Papier natomiast kusi mnie w każdej postaci. Wzory drukuję, kleję jeśli potrzeba, rozkładam na stole, odznaczam mazakami. Przy rozłożonych na blacie kartkach gimnastyka dla kręgosłupa przy ciągłym zerkaniu na schemat nie jest lekka. Wyposażyłam się więc w stojak do książki kucharskiej, najzwyklejszy, bambusowy. Dzięki niemu mam wzór tuż przed oczami. Często pod bieżące wzory schowane są inne, nad którymi pracuję jednocześnie, więc potrzebne schematy mam zawsze pod ręką.


Tablica magnetyczna
Żadne novum w akcesoriach hafciarskich, bo można ją nabyć w internetowych pasmanteriach bez problemu. Do przytrzymywania kartek ze wzorami - prawie idealna. Byłaby w pełni, gdyby jej wielkość faktycznie odpowiadała A4. Jest ciut mniejsza i zawsze muszę podcinać kartki, bo denerwują mnie wystające i zaginające się brzegi. Za to świetnie się na niej odznacza obecne miejsce haftowania.



Magnesy
W każdych ilościach - sprawdzają się przy odznaczaniu miejsca haftu, odkładam na nie igły w danej chwili nieużywane, a przydające się za moment. Poza tym świetnie nadają się do szukania i podnoszenia zgubionej na podłodze igły. Magnesom mówię zdecydowane "tak"!


Małe szczypce do biżuterii
Po co hafciarce szczypce do biżuterii? Ano są świetne do wyciągania igły. Zabezpieczając końcówkę nici pod innymi na spodzie haftu czasem ciężko chwycić igłę w paluchy. Na pomoc przychodzą właśnie szczypce i voila! igiełkę wyciąga się bez problemu.


Klipsy do papieru
Przytrzymują wszystko co potrzebne: fruwające kartki, materiał i poduszeczkę na igły, którą dostałam od Karoliny z Bawełnianych niteczek. Swoją drogą to wstyd, że do tej pory nie mam poduszeczki własnoręcznie robionej. Marzy mi się biscornu, ale zanim się za nią zabiorę miną pewnie lata.


Rolka do czyszczenia ubrań
Bardzo przydatna przy płaskim hafcie, szczególnie na czarnym tle. Zbieram nią paprochy, które lubią przyczepiać się do materiału na tamborku. Jest też niezawodna przy zbieraniu końcówek nici ze stołu. Przy braku pod ręką rolki do ubrań świetnie sprawdza się też taśma klejąca.


Kubek z kawą
Przy pracy lubię pić kawę, choć to niezdrowe przyzwyczajenie, bo haftuję głównie wieczorami. Matki dodatkowo mają w zwyczaju pić frappe, zimne jak lód. Ta wersja niestety musiała mi zastępować gorący napój. Do czasu, kiedy niedawno dostałam na imieniny kubek, który rozwiązał ten problem. W zestawie jest podgrzewacz. Genialne wyjście. Kawa jest gorąca przez długi czas.


Ot, takie to moje hafciarskie zwyczaje i nietypowe pomoce rękodzielnicze.

A Wy macie swoje przyzwyczajenia?

środa, 10 stycznia 2018

Woreczek po łowicku

Haft płaski zaniedbałam ostatnimi czasy.
Powrócił na warsztat z nieokiełznaną radością. Nie samymi krzyżykami przecież człowiek żyje.

Po raz kolejny rzecz ma swoją własną historię i przeznaczenie.
Zapytana przez koleżankę o to, czy ktoś nie uszyłby jej woreczka na wymiar, zadeklarowałam, że mogę spróbować jej zrobić. Ba, nawet wyhaftować.
Takie obietnice składa się tylko osobom, które się ogromnie lubi, co w tym przypadku miało miejsce.
Lubię haftować z przeznaczeniem i myślą o kimś, do kogo moja praca trafi. 
Materiał i igła to czują i wiedzą, czy mają się układać pięknie, czy stawać w poprzek na złość.

Na bazę wybrałam czarną wełnę i podkleiłam fizeliną, żeby mulina nie ściągała materiału. Inspirację czerpałam ze wzoru łowickiego, a konkretnie z przyramka bluzki. Z pomocą przyszły mi "Wzory polskich haftów ludowych" wydawanych przez Krajową Agencję Wydawniczą autorstwa Elżbiety Piskorz (jeszcze nie Branekovej)
Zresztą publikacje na tematy ludowych wyszyć kolekcjonuję z nieukrywanym zacięciem - kupuję wszystko, szczególnie z elementami tradycyjnymi, czym w przyszłości będę mogła się inspirować.
Ale to już oddzielny temat rzeka.

Haftu łowickiego również nie odwzorowywałam 1:1, podkradłam tylko elementy i ułożyłam z puzzli jedną całość, nadając mu własny charakter.


Ok, haft gotowy.
Czas zabrać się za niezłe wyzwanie - szycie.
Dla zaznajomionych z maszyną to nie problem. W moim przypadku czarna magia musiała zostać oswojona. Stara Unitra, którą dostałam od teściowej przeszła przegląd techniczny i drobne naprawy.
Kiedy wróciła z serwisu nadszedł czas na ujarzmianie smoka.
Oczywiście od razu znalazł się mały Pomocnik-Przeszkadzacz, którego rączki koniecznie musiały wypróbować maszynę.
Próbowałyśmy więc razem na szczątkach materiałów okiełznać sprzęt i nabrać choć odrobinę wprawy.
Kiedy pierwsza ciekawość Ani minęła mogłam poćwiczyć solo.
Rozkminienie jak uszyć prosty w swojej formie woreczek, zajęło mi trochę czasu (Internecie - dziękuję). Mając w głowie plan i dobrane materiały przystąpiłam do pracy.


Finalnie woreczek - jak na pierwsze szycie - wyszedł fajnie. Nie obyło się oczywiście bez prucia i przeklinania, ale to już zostanie w obrębie czterech ścian.


Widok na podszewkę, gdzie widać prowadzenie nitki jak po falach Dunaju. 


I jeszcze raz całość:


Woreczek trafił w ręce studentki medycyny, a w środku swoje ciepłe gniazdko będzie miał stetoskop.
Właścicielce sprawił niesamowitą radość. 
A to dla mnie największe podziękowanie. 


środa, 3 stycznia 2018

Podaj dalej po trzeci

Podaj Dalej krąży po robótkowych blogach i ma się świetnie.

Na początku grudnia zgłosiłam się do zabawy u Agnieszki z Nie z Chin
Obserwując od jakiegoś czasu jej prace podziwiałam je skrycie.
Nie sądziłam, że uda mi się cieszyć drobiazgami, które wyjdą spod jej rąk.
Nie namyślając się wcale wzięłam udział w Podaj Dalej na jej blogu.

Agnieszka postanowiła nie czekać długo i prezent już przed świętami znalazł się w skrzynce.
Paczuszka kryła takie skarby:

(zdj. http://niezchin.blogspot.com/)

Małego Skrzata przygarnęły od razu małe rączki.
Dowiedziałam się, że to nie Skrzat, tylko Mały Mikołaj. Od razu dostąpił zaszczytu i zajął wysoką pozycję wśród zabawek godnych spania w jednym łóżku z Anią.
Mała na noc zdejmuje mu butki, bo nie godzi się wchodzić pod kołdrę w obuwiu.
Poza tym ma tak mięciutką brodę, że sama lubię go czasem poczochrać.

Dziękuję Agnieszko ogromnie za ten ekspres niespodziankowy.

Śpieszę ogłaszać zabawę u siebie po raz trzeci.
Obdaruję dwie osoby, które zgłoszą swoją chęć uczestnictwa w komentarzu.
Na przygotowanie prezentów mam rok.
Po otrzymaniu niespodzianki Obdarowany kontynuuje zabawę u siebie.

niedziela, 31 grudnia 2017

Mini SAL Belle & Boo - finał

Co się zaczyna, musi się kończyć.
Słodka parada Belle & Boo schodzi z tamborka.

SALowe efekty prac już widać na blogach dziewczyn. 
Ostatnią część haftowałam z nutką nostalgii, że to już koniec.
Agnieszka przyzwyczaiła nas do tych maleńkich postaci i ciężko się z nimi rozstawać.
Ostatni fragment w moim hafcie:




Patrząc z perspektywy całości mam swoje ulubione fragmenty w paradzie.



Mały kotek zamknięty w przestrzeni 1 cm x 1 cm skradł moje serce na samym początku.


W całości:


Skoro finał - to czas na refleksje.
Praca nad haftem była czystą przyjemnością. Nie tylko ze względu na opracowany wzór, ale i na materiał. Idąc za propozycją Agi wybrałam Murano Lugana 32 ct kolor 770. Nie pracowałam na nim wcześniej, lecz okazał się strzałem w dziesiątkę. Igła szła jak po maśle. 
Na pewno zamówię więcej i w innych kolorach, muszę tylko obrabować bank. 
Dużym wyzwaniem było konturowanie - wydawało się straszne na początku, ale pod koniec ręka była już coraz bardziej wprawna i uświadomiona, 
W końcu to backstitche nadawały całego charakteru bohaterom.
Kolejnym wyzwaniem - w moim przypadku - był czas.
Co prawda dwa miesiące na skończenie niewielkiego fragmentu to dużo, jednak przy intensywnych obowiązkach wiecznie go brakowało. Wieczory zawsze kończyły się za szybko.

Gdyby motywem przewodnim nie była seria Belle & Boo z pewnością rozważyłabym kilkakrotnie swój udział w SALu. Znając swoje odkładanie rzeczy na ostatnią chwilę inna zabawa byłaby ryzykowna. Dlatego nie włączam się w nie często. 
Nie lubię też składać obietnic bez pokrycia, a wywiązanie się z haftu w określonym terminie to zobowiązanie.

Nie chcę zamykać Parady w ramki, już obmyśliłam jej inne wykorzystanie, ale trzeba mi zaprzyjaźnić się z maszyną do szycia - a to kolejne wyzwanie.

Agnieszko, jestem Ci ogromnie wdzięczna, że dzielisz się z nami opracowanymi przez siebie wzorami. 
Masz niesamowity talent do kompozycji, co z pewnością potwierdzi każdy, kto miał do czynienia z Twoimi schematami.
Twoje rady są niezwykle cenne. 
Motywujesz do działania i próbowania.

Dziękuję!

wtorek, 26 grudnia 2017

Bożonarodzeniowa wymianka

Uciekające grudniowe dni, przedświąteczna gorączka, wszechobecny pośpiech już się uspokoił. Święta Bożego Narodzenia nie zważały na nieumyte okna, stresujące przygotowania - po prostu przyszły o swojej stałej porze.
Asia z Haftowanych historii Jasiowej Mamy zorganizowała w tym roku bożonarodzeniowa wymiankę wcześniej, mając na uwadze opieszałe działanie poczty i świąteczną gorączkę.
Prezenty miały dojść do 15 grudnia.

Niespodzianka, którą dostałam od Agaty prezentuje się tak:




 Znalazły się tu wszystkie drobiazgi, o które prosiłam, a moja Ania na widok tamborka dla niej rozdziawiła tylko usta z radości.
Niedługo potem dostałam kolejną paczkę od Agaty. Nie kryłam zdziwienia, ponieważ swoją niespodziankę już odebrałam. W środku znalazły się słodycze, pyszna herbatka i przeprosiny za gapiostwo. Ja takiego nie odnotowałam, przecież poprzednia przesyłka doszła na czas, aczkolwiek niezmiernie miło mi się zrobiło na widok słodkości (opędzlowałyśmy je z Anią jeszcze przed świętami...)


Ogromnie dziękuję za prezenty, Agatko!

Z kolei na liście życzeń mojej wymiankowej pary były papiery, przydasie scrapbookowe i kryminał M. C. Beaton.
I to właśnie książki zamawiane przez internet przeciągnęły czas wysyłki.
Paczka nadana w ostatniej chwili dotarła do adresatki nie przekraczając zbytnio terminu (o jeden dzień).

A do pudełeczka włożyłam:




Mam nadzieję, że znalazły się wszystkie drobiazgi z wytycznych: kartka, prezent z listy, coś słodkiego, własnoręcznie zrobiona ozdoba świąteczna. Przy ostatniej pozycji połączyłam dwa w jedno: pierniki jako ozdobę i słodkości. Moja Ania miała też w tym swój udział, bo i jej ciastka znalazły się jako pyszny gratis.


Popełniłam jednak taką gafę, że aż wstyd się przyznawać. W mailu dostałam wytyczne, żeby przygotować niespodziankę dla Asi (i tu w treści pojawiło się puszczone oczko). Przygotowałam, poinformowałam, że poszła, przesłałam zdjęcia, zadowolona, że wszystko się udało. A potem nagle zaświeciła się żarówka nad głową, że to Jasiowa Mama - organizatorka - jest moją adresatką. A ja na bieżąco zdawałam relację.
Normalnie spaliłam całą niespodziankę. Porażka totalna.
Faux-pas na całej linii. Sama się sobie dziwię, że można być tak ciemnym.

Pociesza mnie tylko myśl, że Asia przymknęła na to oko i obiecała nie oglądać zdjęć nim nie otworzy paczki.

Na szczęście niespodzianka się udała.
Dziękuję Asiu za zabawę.

sobota, 23 grudnia 2017

Słodkie Święta - życzenia

Choinka świeci już lampkami, z kuchni wydobywają się zapachy pobudzające apetyt, odkurzacz pracuje na pełnym gazie, przygotowania do najwspanialszych rodzinnych Świąt idą pełną parą.

Chcę Wam je trochę osłodzić i przesłać życzenia.

Niech magia bożonarodzeniowego czasu trwa nie tylko od 24 do 26 grudnia, niech świąteczny stół służy rozmowom, przy których będziecie spoglądać na siebie z ciepłem w oczach, niech te chwile będą prawdziwym odpoczynkiem.

Do życzeń dołączam pierniki, których w tym roku upiekłam chyba tonę i lukrowałam je w listopadowe i grudniowe wieczory.
Oczywiście pomagała mi w tym Ania.

(zdj. Urszula Paśnikowska)

(zdj. facebook, Beauty Nails Point)


Pochwalę się jeszcze swoimi zimowymi pazurami:

(zdj. Urszula Paśnikowska)

Słodkich Świąt!

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Kartki z życzeniami świątecznymi

Od dłuższego czasu trwa świąteczny sezon. Rękodzielnicy rozpoczynają go dużo, dużo wcześniej, nie chwaląc się na potęgę już we wrześniu czy październiku z natłoku świątecznych prac. 
Pobożnym moim tegorocznym życzeniem było zabrać się za kartki kilka miesięcy wstecz, by nie robić ich na ostatnią chwilę. 
Życzenie - życzeniem, a życie - życiem. 
No, nie udało się. 
Wcześniej wyprodukowałam tylko 10 szt.

Jak wariatka kleiłam przez ostatni weekend kilkadziesiąt kartek, bo i rodzina duża, i do blogowych koleżanek też chcę wysłać ciepłe słowa. 
Proste w swojej kompozycji, mało dopieszczone, popłynęły właśnie w świat. 

Efekt części sobotnio-niedzielnych zmagań, bo nie udało się sfotografować wszystkich:



Kilka kartek nadało powtórne życie ścinkom.


Korzystałam z grafik z bloga Far Far Hill, z digi napisów Teo z Teodorowego Zakątka oraz Karoliny z bloga kalka-art.
W szufladzie znalazłam niewykorzystane hafty z ubiegłych lat, które też wkomponowałam między papier.



Poniżej klej postanowił popsuć cały efekt, przeniknął przez len robiąc plamy. 
Jestem trochę rozczarowana finalnym wyglądem. Ta kartka pewnie przeleży w szufladzie.


Kartki nie są wypisane własnoręcznie (co bardzo lubię, bo jest bardziej osobiste), jednak życzenia płyną prosto z serca.
Liczy się przecież pamięć, a zapewniam, że pamiętam.

Odliczam już na palcach dni do 24 grudnia.