wtorek, 29 września 2015

Powrót do przeszłości czyli prapoczątki

Gdy myślę o kaszubskim hafcie, zawsze wracają do mnie wspomnienia z dzieciństwa.
Przy babcinym kuchennym stole, przy którym wcinaliśmy pierwsze omlety (które okazały się potem zwykłymi grubymi naleśnikami), piliśmy mleko z pianką prosto od krowy i delektowaliśmy się "ciapką"*, wisiała urocza makatka. Niepozorny kaszubski haft zawsze rozjaśniał to miejsce.
A w mojej pamięci zakotwiczył się z najpiękniejszymi wspomnieniami.
Wiele lat później motyw kaszubski, odkryty na nowo, stał się początkiem moich pierwszych zmagań z igłą. 
Na poważnie haft zajął moją głowę pod koniec nauki w liceum (czyli koniec lat 90-tych). 
Stare lniane spodnie podarowane od mamy postanowiłam przyozdobić po swojemu. Sięgnęłam po wzór przemycony w jakiejś starej gazecie o hafcie krzyżykowym (dziwne, nie?).
Wybór nici był dość ograniczony. Ale powstało coś takiego:


Pierwotnie spodnie miały długie nogawki, z czasem uległy samodestrukcji i zostały skrócone do rybaczek.


W zbliżeniu widać "fachową rękę", ale jak na pierwszy płaski haft myślę, że wyszło (jak zwykła mawiać Ela Zapendowska o piosenkarzach) przyzwoicie.





Niżej - druga wersja, tym razem haftowana na boku sukienki. Długo leżała w szafie, ale przymierzona w tegorocznym w sezonie letnim doczekała się chwili chwały i miałam ją kilka razy na sobie... do momentu, w którym pośladkami nie zahaczyłam o wystający gwóźdź. Kwadratowa dziura musiała być szybko łatana na łapu-capu, bo stało się to na większej imprezie. Na szczęście na sali było ciemno, chyłkiem wymknęłam się, by ratować sytuację, ale dźwięk prującego się materiału skutecznie podniósł mi ciśnienie.




W moich planach owocuje stworzenie na nowo czegoś z ludowym motywem z Kaszub, by porównać efekty teraźniejsze z praprzeszłymi.

* "ciapka" - stara bułka drożdżowa, rwana na kawałki, zalewana gorącym mlekiem.

poniedziałek, 28 września 2015

I love shopping

Jestem każdą kobietą, więc powinnam uwielbiać zakupy. Uwielbiam, to prawda. Gorzej jak zakupów zbierają się kilogramy. 
Wtedy zamieniam się w kobietę-wielbłąda i taszczę (niosę, to za lekko powiedziane) siaty do domu. A garb rośnie. 
Nie wszystkie torby są superwytrzymałe, nawet te, które być powinny. Z czasem i w nich szwy puszczają. 
Kiedyś zamarzyła mi się torba idealna, a od marzeń do realizacji droga niedaleka. Oczywiście dla tych, którzy chcą je sobie spełniać. 
Wzór powstały w głowie to nic innego jak łowicka wycinanka, przeniesiona na haft. Przyznam, że robota była misterna, ponieważ wymagała dużej precyzji w odtworzeniu, szczególnie symetrii motywów. 

Ostatecznie po tygodniu pieszczenia wyglądała tak:


Moja torba powstała już jakiś czas temu (Asiu, dziękuję za zebranie jej do kupy). W środku ma porządną nieprzemakalną podszewkę i dwie kieszonki: na komórkę z jednej strony i na dokumenty z drugiej.


Używam jej prawie codziennie i ślady tego użytkowania niestety widać. Haft już się strzępi, nie mówiąc nic o tym, że baza jest drugą z kolei, a ramiączka naprawiane były ze cztery razy. 


Dzielnie jednak służy mi w moich zakupowych szaleństwach i uwielbiam ją równie mocno jak kupowanie nowych, cudnych drobiazgów.

środa, 23 września 2015

Jestem sobie przedszkolaczek...

W życiu rodzica przychodzi czas, kiedy pociecha staje się już na tyle duża, że może nosić miano przedszkolaka.
Dni zbliżały się wielkimi krokami, więc i mojemu krasnalowi trzeba było sprawić wyprawkę: kapcie, worek i oczywiście pościel do leżakowania. O nietypowych wymiarach 220 x 80 cm. 
Pierwsza myśl: "pewnie gdzieś można kupić, tylko gdzie?".
Internet przeszperałam gruntownie, jednak nie znalazłam wzoru, który by zachwycał. Wszędzie misie, kaczuszki, kwiatuszki. Nic, tylko misie, kaczuszki, kwiatuszki...

Aż podczas zwykłych zakupów w hipermarkecie, znalazłam na półce promocyjną pościel w łowickie wycinanki. Wystarczyło tylko wykonać jeden telefon: 
- "Halo"
- "Asiaaaa, przerobisz?".
Uff, zgodziła się.
W niedługim czasie powstał komplet (a w zasadzie dwa) pościeli dla małego przedszkolaka.
Worek uszyty z pozostałości materiału wyszperanego w sieci.



Zrobiło mi się miło, gdy wyprawka powędrowała do przedszkola i panie pochwaliły pracę.
Mam nadzieję, że moja Myszka ma w tej pościeli kolorowe sny.

poniedziałek, 21 września 2015

Podlaska Oktawa Kultur - kampania promocyjna

Dla niewtajemniczonych: 
Podlaska Oktawa Kultur to festiwal realizowany w Białymstoku i województwie podlaskim pod koniec lipca.
Ale zacznę od tego jak kiełkował w głowie jego dyrektora: Andrzeja Dyrdała.
Pan Andrzej od wielu lat kierując Zespołem Pieśni i Tańca "Kurpie Zielone" występował (również jako muzyk kapeli) na festiwalach, tych organizowanych bliżej i tych w odległych zakątkach świata. Wiadomo, jeśli ma się wgląd w rzecz "od kuchni", widzi się o wiele więcej.
Z pasji muzycznej i folklorystycznej zakiełkował zalążek myśli:
"a czemu nie zrobić tego u nas?".
I tak wiele lat doświadczeń festiwalowych sprawiło, że pan Andrzej postanowił stworzyć własną niepowtarzalną potrawę. Do jednego rondla wrzucił same najsmaczniejsze kąski i przyprawił tak, że powstała wykwintna Podlaska Oktawa Kultur. Zdobył gwarancję finansowania z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego i zabrał się do pracy.
Idea przyświecająca na początku była taka, by na jednej scenie wystąpiły zespoły reprezentujące kulturę polską, ukraińską, białoruską, rosyjską, litewską, tatarską, romską i żydowską. Głównie dlatego, że dawne multikulturowe Podlasie obfitowało w te narodowości i mniejszości, które współmieszkały ze sobą na jednym terenie.
Z czasem program wzbogacono o inne kultury (np. hinduska, bałkańska).

W tym roku była już ósma edycja festiwalu.
Ale jak nigdy poprzedzona bardzo fajną kampanią, zainicjowaną przez Asię z działu promocji.
Nienachalną, ale sprawnie przemycającą elementy folkloru. Zobaczcie sami:

Pierwsze zdjęcie z serii. Agatka okrzyknięta została folko-wandalem :)

(fot. M. Adamski)

Przy Ratuszu jest takie miejsce, gdzie parkują motocykliści. A jednocześnie widać stamtąd scenę festiwalową.

(fot. M. Adamski)

Lekarstwo dla chorych (zdjęcie wspomniane wcześniej), chociaż obawiam się, że to raczej niewyleczalne.

 (fot. M. Adamski)

Najbardziej kosmiczne (i robione na trzeźwo) :)

(fot. M. Adamski)

Kury domowe też mogą być fotomodelkami, a co! 

(fot. M. Adamski)

Przy robieniu tego zdjęcia zaowocowały serdeczne stosunki z sąsiadami. Dziecko pożyczone na sesję czuło się jak ryba w wodzie. 
Bodziak z kaszubskim motywem to już mój haft z czasów, kiedy pasował na własne dziecko :)

Podsumowując:
szczęśliwy człowiek, który może pracować z fantastycznymi, kreatywnymi ludźmi i być częścią ważnego przedsięwzięcia.

środa, 16 września 2015

A psik!

No i sezon jesienny czas zacząć (a psik!).
Ostatnie dni nie rozpieszczały pogodą i wirusy jak szalone atakowały ze zdwojoną siłą.
I mnie się dostało rykoszetem (a psik!).
Ale jak chorować, to z pozytywnym nastawieniem: czas mija szybciej i jest okazja do nadrobienia zaległych rzeczy (porządki w szafie ze zmianą ubrań z letnich na zimowe).
Na pocieszenie dla tych, co chorują razem ze mną (a psik!) coś z wycinankowym łowickim akcentem.





Chustecznik dostałam na urodziny od Izy, która doskonale zna moją przypadłość :)

Swoją drogą ta rzecz brała udział w kampanii reklamowej, ale o tym innym razem.


(A psik!)

czwartek, 10 września 2015

Etno-design: wystawa WOAK w Białymstoku

Wystawy plastyczne, to nie rzecz, na którą wybrałabym się w podskokach. No chyba, że nawiązują do tematu, który mnie zainteresuje. 

Jedna z wystaw miała jednak dla mnie osobiste znaczenie: Po pierwsze: dotyczyła inspiracji folklorem w baaaardzo szerokim znaczeniu. Od dywanów, przez haftowane lub tkane torby, ubrania, biżuterię, po designerskie fotele, płytki ceramiczne, a nawet rower.

Po drugie: miałam zaszczyt być jej małą częścią  Po raz pierwszy w życiu wystawiłam swoje prace na tak szeroki widok publiczny.

Wszystkie rzeczy można było oglądać w okresie wakacyjnym od 17 lipca do 21 sierpnia w Galerii WOAK w Białymstoku. 

(fot. M. Adamski)

Przyznam, że taka ilość ludzi wprawiła moje serducho w drżenie.
Tym bardziej, że były to osoby twórcze, które również wystawiały swoje prace.

Moje (jak to pięknie brzmi) perełkowe prace - pas i beret:

(fot. M. Adamski)

Haftowane broszki, zawieszka i pierścionki. Oczywiście nie mogło zabraknąć motywów kaszubskich:

(fot. M. Adamski)

Gdzieś w tle czarne haftowane torby w łowicką wycinankę i róże:

(fot. M. Adamski)

Było to niezwykłe źródło inspiracji, nuta dumy i motywacji do tworzenia.

Do obejrzenia w całości: Wystawa Etno-Design

Skrawki wspomnień

Pisałam o miłości z dzieciństwa, o przewijających się motywach kaszubskich. Posłuchajcie.....

W czasach kiedy dorastałam każdy gadżet był na wagę złota, jako dzieci mieliśmy ich mało, dlatego tak bardzo je docenialiśmy. Pierwsze misie kupowane w kioskach, zabawka-mikser do shake'ów wypróbowany na przydomowych zielskach. Swoją drogą mielenie traw było przyjemną rzeczą, dopóki do tej zupy nie dodałam piasku. Mikser przeżył jeden dzień :( Ale to już inna historia.
Dzieciaki miały wtedy swoje, jakże pięknie dziś nazywane "garnitury śniadaniowe". Krótko mówiąc, była to zastawa stołowa dla dzieciaków: miseczka, talerzyk, kubeczek w jakiś kolorowy motyw. W naszej szafce były dwa. 
Pierwszy z króliczkiem służył jako karta przetargowa mamy do jedzenia przede wszystkim zupy:
- Jedz, bo króliczek pod same uszy ma zupę! Wiosłuj szybko, żeby się nie topił! 
I biedne dziecko przejęte losem także biednego króliczka, ratowało go z obiadowej opresji.
Druga zastawa była bardzo kolorowa i co tu dużo mówić, wyglądała tak:


Dostałam ją ostatnio od mamy dla swojej córki. Szykując herbatę w tym małym kubeczku i kładąc kanapki na ten talerzyk zawsze wraca do mnie sentyment dziecinnych lat.
Co prawda czas odcisnął swoje piętno na naczyniach, ale ich urok pozostał.




Przekonuję się, że te drobne przemyty ludowych wzorów miały na mnie swój wpływ.