czwartek, 24 marca 2016

Dziewczynka i kogut - pierwsze parkowanie nici

Nastolatki miewają stany fascynacji i uwielbienia graniczącej z obłędem. Nie mogą spać, nie mogą jeść, głowę zaprzątają tylko myśli o "tym czymś", tak ważnym, że nic innego się wtedy nie liczy. Podobnie mówią o koniach, które z klapkami na oczach biegną w jednym kierunku i nie zatrzymają się, póki nie osiągną celu.

Niestety i mi się to niedawno przytrafiło. Opętał mnie jeden wzór, przepięknie opracowany przez Olgę Sotnikovą - Dziewczynka i kogut.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, bo wyraża sielskość, niewinność, trud pracy, historię... Urzekł prostotą obrazu i najzwyklejszym pięknem codzienności.

Dziewczynka z kogutem chodziła za mną od jesieni. Nici skompletowane leżały w szafce, a ja przebierałam nogami, żeby tylko zacząć pracę nad tym uroczym obrazkiem. Ale po drodze święta i robienie pocztówek, małe rodzinne perypetie chorobowe i tysiąc innych drobiazgów. A w głowie tylko przewijała się myśl: "kiedy w końcu będzie czas na dziewczynkę?". Styczeń mnie trochę  ułaskawił i dał wolniejsze wieczory. No i się zaczęło:



Na pierwszy ogień poszedł kogut. Z butnym wzrokiem, obrażony, że ktoś go śmie dotykać.


Cały czas chodziła też za mną myśl, by spróbować haftu techniką parkowania nici. Naczytałam się, naoglądałam filmików, ale to samodzielna próba sprawiła, że ze wszystkich rad trzeba było coś uszczknąć i znaleźć złoty środek. Faktem jest, że parkowanie niemożliwe by było bez porządnego stojaka na tamborek. Unieruchomienie tamborka dało możliwość pracy na dwie ręce. 

Miałam w głowie kilka podstawowych zasad:
1.  Haftowanie rzędami - po raz pierwszy wzór pięknie się układał, jakbym obserwowała wychodzący wydruk na kolorowej drukarce.
2. Haftowanie od góry do dołu - wzór podzieliłam na kilka części, wszak tamborek to nie wielkie krosno. Najpierw robiłam dolną ze względu na to, że musiałam zdjąć górny klips z tamborka, a uchwyty trzymające go zostawiały odciski. O ile na kanwie można to było przykryć, to bałam się, że zrobione już krzyżyki będą zniekształcone. Poza tym prawo grawitacji sprawia, że nici lecą w dół, więc tak nie przeszkadzają w stawianiu krzyżyków. Fakt, że wiszące nici lubią się do siebie przytulać, ale spokojnym ruchem można je łatwo od siebie oddzielić.
3. Nieregularne końce rzędów czyli absolutnie nie 10x10 - jakoś nie przemawia do mnie sposób kratkowania obrazu. Naciąg nici sprawia wrażenie siatki w gotowej pracy. Może można to naprawić, wolałam nie ryzykować. Zresztą ustalanie granicy tak, by wyhaftować jak najszerzej dany kolor miało swoje dobre strony. Nie trzeba było ponownie nawlekać na igłę nici tego samego koloru tylko dlatego, żeby skończyć go równo na "dziesiątce". 
Czasem nawet łamałam prawo celne przekraczając granicę, by dodać kilka krzyżyków koloru, które musiałabym robić specjalnie w innej części. Widać to na zdjęciu niżej, z góry jest kilka odstępstw od zasady haftowania rzędami.
4. Haftowanie kolorów od prawej do lewej czyli trochę wspak - np. w danym rzędzie miałam 8 kolorów. Zaczynałam od haftowania tego najbliżej prawej strony. Jeśli to było 6 krzyżyków, to najpierw leciałam półkrzyżykiem, by go potem przykryć i parkowałam nić. Kolejny kolor ostatni od prawej strony - jeśli 1 krzyżyk, to jeden i parkowałam.
Czasem gdy w rzędzie kolory się powtarzały to miałam dwie lub trzy nici tego samego koloru zaparkowane w konkretnym miejscu. Jeśli odległość między nimi nie była duża to po wyhaftowaniu go parkowałam w tym samym rzędzie, gdzie miał się znaleźć, haftowałam, a potem zostawiałam parkowany niżej.
5. Wyposażenie się w sporą ilość igieł - nie lubię nawlekać nici, szczególnie gdy już się zaczynają strzępić. A tak każda nić miała swoją igłę, która obciążała ją przy wiszeniu w pozycji zaparkowanej. Dodatkowo po zaparkowaniu igła przydała się do podważania nici, bo jednocześnie je rozdzielała.
6. Zaczynanie i kończenie na prawej stronie - czyli kilka krzyżyków niżej, potem nici przykrywały się wzajemnie od spodu, a gdy zbliżałam się z haftem do końcówek, to je odcinałam. O ile supełki były widoczne i łatwe do identyfikacji, o tyle końcówki nici już mogły się mylić. Skorzystałam z genialnej podpowiedzi Kalio haftuje i nici do obcięcia wbijałam nie w dziurki, a w środek kanwy między osnowę. Wiadomo było, że w dziurkach są te zaparkowane, a pomiędzy nimi - do obcięcia.

Zasada główna parkowania jest prosta - póki nie spróbujesz, nie wypracujesz własnego, najwygodniejszego sposobu. 


Dziewczynka powoli nabiera swojego lica.




Jeszcze tylko czepek...


I gotowe. 
Obraz czeka na swoją oprawę. 





6 komentarzy:

  1. A ja ciągle nie mogę pojąć tej metody :)a chciałabym w końcu spróbować.
    Hafcik wyszedł Ci przepięknie, co już mówiłam na spotkaniu :))).

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękna praca warta poświęconego czasu. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ogarniam tego parkowania, wydaje mi się to niepotrzebną komplikacją... ale to na pewno kwestia wprawy i przyzwyczajenia :). Obrazek w każdym razie jest prześliczny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny, bardzo romantyczny obrazek. Sielski anielski.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Prześliczna dziewczynka, nie dziwię się że Cię zauroczyła:-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tez nie ogarniam tego parkowania

    OdpowiedzUsuń